Reklama

Jerycho w intencji młodych

2018-10-08 06:03

Halina Bartosiak

(hb)

W ramach przygotowań do Synodu Biskupów, obradującego w Rzymie pod hasłem ,,Młodzież, wiara i rozeznanie powołania”, w kościele Ojców Kapucynów na Poczekajce w Lublinie odbyło się Jerycho w intencji młodych. Uczestnikami oprócz młodzieży byli również ludzie starsi - rodzice i dziadkowie, którzy czują się odpowiedzialni za przekaz wiary młodemu pokoleniu.

Spotkanie rozpoczęło się modlitwą różańcową, po czym była sprawowana Msza św. pod przewodnictwem ks. dr. Adama Baba, wikariusza biskupiego ds. duszpasterstwa młodzieży. Koncelebrowali ją o. prof. Andrzej Derdziuk, ks. dr Andrzej Krasowski, wikariusz biskupi ds. instytutów życia konsekrowanego i stowarzyszeń życia apostolskiego, w asyście liturgicznej 10 braci kleryków. Ks. Krasowski w nawiązaniu do Ewangelii mówił o Mateuszu, który nie zawahał się pójść od razu za Chrystusem. - Jezus leczył go miłością, którą jest On sam. Przeniknięty mocą tej miłości Mateusz gotów był swe życie oddać. Dzisiaj ten sam Jezus przychodzi do nas w darze miłości. Czy wierzysz w to? Czy wierzysz, że On chce ci dać łaskę nowego życia? Jeśli uwierzysz, twoje życie będzie piękne i nowe - przekonywał kaznodzieja. Oprawę muzyczną Mszy św. przygotowała wspólnota Domowego Kościoła ze Świdnika.

Następnie o. prof. A. Derdziuk wygłosił konferencję na temat zagrożeń współczesnej młodzieży oraz prób jej ratowania przed sekularyzacją. Na początku zaznaczył, iż dziś toczy się walka o kształt świata, walka dobra i zła, światła i ciemności. Pisał o tym wcześniej św. Jan Paweł II w encyklice poświęconej ochronie życia, wskazując na cywilizację miłości i cywilizację śmierci. Obecnie obserwuje się permisywizm moralny, oznaczający upadek moralności, gdzie zło nazywa się dobrem i wychwala jako wskazane i normalne. Mówiąc o zagrożeniach cywilizacji śmierci, o. Derdziuk wymienił nałogi i uzależnienia m.in. od pornografii. Przeciętnie młodzież gimnazjalna spędza w sieci 4 godziny dziennie, oglądając przekazy pełne nienawiści (40% gimnazjalistów), sposoby skrajnego odchudzania (29%), promowanie narkotyków (24%), samookaleczenia (22%), samobójstwa (16 %). Niepokojący jest również fakt, że coraz więcej osób młodych i starszych zażywa środki uspokajające i pobudzające, by przeżyć spokojnie kolejny dzień. Sekularyzacja młodzieży - zdaniem o. Derdziuka - polega na ,,zohydzeniu Kościoła i ukazaniu bezsensowności wiary”.

Reklama

Znaki nadziei

Na szczęście są znaki nadziei, które można upatrywać w tym, że ponad 40 tysięcy młodych co roku uczestniczy w wakacyjnych spotkaniach organizowanych przez diecezje i zakony, 150 tysięcy młodzieży pielgrzymuje do miejsc świętych, a tysiące dzieci bierze udział w wakacyjnych oazach. Ponadto istnieją wspólnoty i szkoły nowej ewangelizacji, które skutecznie formują młodzież.

Jak dotrzeć do młodych z przekazem wiary? Odpowiedzi na to pytanie udzielił duszpasterz z diecezji zamojsko-lubaczowskiej ks. Marian Wyrwa. W wywiadzie przeprowadzonym przez dziennikarkę Justynę Jarosińską mówił, iż stara się zjednać sobie serca młodych niekonwencjonalnymi sposobami m. in. przez sport i teatr. - Wybór metod zależy od środowiska, w którym pracuję. W niektórych miejscach owocne okazały się wieczory uwielbienia. Wszystkie te dzieła są piękne, ale najpiękniejsze dzieją się w konfesjonale - podkreślał kapłan. W jego wypowiedziach wybrzmiewała ofiarna miłość do Boga i ludzi. Wśród cech przydatnych dla rodziców i wychowawców w pracy z młodzieżą wymienił odwagę i podjęcie ryzyka. Potwierdzeniem tego, o czym mówił ks. Marian, były wypowiedzi dwóch dziewcząt z Hrubieszowa, które specjalnie przyjechały, bo opowiedzić o inicjatywach i dziełach swojego duszpasterza.

Wiara na wzór Jozuego

Jerycho nawiązuje do wydarzeń opisanych w Księdze Jozuego o tym, jak zgodnie z poleceniem anioła przez 6 dni wojsko pod wodzą Jozuego jeden raz okrążało mury Jerycha. W czasie marszu 7 kapłanów niosło przed Arką Przymierza 7 trąb z rogów baranich i na nich grało. Siódmego dnia wojsko okrążyło Jerycho 7 razy, a kapłani bez przerwy grali na trąbach. Na znak Jouzego lud wzniósł okrzyk wojenny. Wtedy mury miasta rozpadły się, a Jerycho zostało zdobyte. - Potrzeba nam wiary na wzór Jozuego, by pozyskać młodzież oraz przekazać i pogłębić w niej wiarę - podkreślał o. Dredziuk.

W nawiązaniu do wydarzeń opisanych w Piśmie Świętym, odbyła się uroczysta procesja z relikwiami Świętych wokół kościoła przy dźwięku trąb. Obecność relikwii przechowywanych w kościele na Poczekajce, niesionych przez parafian i gości, miała uświadomić, że ci Święci ponieśli ofiary i napotkali większe trudności niż my obecnie ponosimy, jednak wiernie służyli Bogu. Uczestnicy procesji nieśli zapalone świece z wizerunkiem Matki Bożej Fatimskiej.

Zwieńczeniem spotkania był Apel Jasnogórski i adoracja Najświętszego Sakramentu, która trwała do godz. 24.00. W apelowym czuwaniu usłyszeliśmy słowa św. Jana Pawła II, który wielokrotnie mówił o odpowiedzialności dorosłych za przekaz wiary młodemu pokoleniu. Natomiast podczas adoracji, do której rozważania przygotował o. Radomir Kryński, uczestnicy wielbili Boga modlitwą i śpiewem. W tym czasie grał i śpiewał zespół ze wspólnoty Rodzin Serca Miłości Ukrzyżowanej pod kierunkiem alumna Jakuba Wiechnika.

Wszystko z myślą o młodych

Czuwanie modlitwne na Poczekajce zachęciło uczestników do siedmiodobowego czuwania w formie Jerycha domowego. Przez 7 dni i 7 nocy osoby, które zadeklarowały udział w czuwaniu, podjęły w domu dobrowolne praktyki modlitewne w intencji młodych, takie jak: odmawianie Różańca i Koronki do Bożego Miłosierdzia, czytanie Pisma Świętego, udział w Eucharystii oraz inne. Wszystko po to, aby wyprosić łaski, by z pomocą Ducha Świętego młodzież pogłębiła swoją wiarę, a ci, co odeszli od Kościoła, szybko do niego powrócili.

Na zakończenie Jerycha domowego odbył się koncert zespołu Guadalupe. Było to uwielbienie z Maryją i podziękowanie za wszelkie dobro, jakiego doświadczyliśmy. - Po raz pierwszy uczestniczyłam w Jerychu, chociaż już wielokrotnie brałam udział w uroczystościach na Poczekajce. Tym razem było to wydarzenie niezwykłe. Podczas procesji z relikwiami panował podniosły nastrój, który potęgowały dźwięki trąb. Jestem wdzięczna Ojcom Kapucynom i wszystkim wspólnotom za zaangażowanie w przygotowanie Jerycha. Jest to dzieło Boże, którego owoce mamy nadzieję oglądać już teraz - uczestniczka Jerycha, należąca do Rodziny Dobrego Słowa.

Tagi:
modlitwa Lublin kapucyni Synod o młodzieży młodzież

Papież do kapucynów: wasza posługa darmowa, pokorna i łagodna

2018-09-14 20:28

vaticannews / Watykan (KAI)

Według wskazań Jezusa i naśladując przykład św. Franciszka z Asyżu uczyńcie wszystko, aby wasza działalność apostolska była darmowa, pokorna i łagodna. Jest to droga prostoty i pokory, którą powinni iść wszyscy chrześcijanie – napisał Papież w przesłaniu przekazanym kapucynom biorącym udział w kapitule generalnej swojego zakonu. Franciszek przyjął ich dziś na audiencji w Sali Klementyńskiej na Watykanie.

Grzegorz Gałązka

Ojciec Święty wskazał, że dzięki swojemu uniżeniu i stylowi życia, kapucyni dają wielki wkład w działalność Kościoła, szczególnie w ewangelizację różnych narodów i kultur, biednych i cierpiących. Zachęcił ich, aby nie tracili ducha wobec trudności, powodowanych m.in. coraz mniejszą liczbą braci w niektórych częściach świata, ale aby odnawiali zaufanie i nadzieję do siły, jaką daje łaska Boża. Radość Ewangelii jest bowiem źródłem mocy i stałości, bo w świetle Słowa Jezusa wszystko ukazuje się nowe.

Papież podkreślił, że dziś wiele osób pragnie być wysłuchanych, przyjętych, opromienionych miłością. Dlatego potrzebują duszpasterzy, którzy będą mistrzami życia duchowego, modlitwy. Do tego potrzeba także wspólnot żyjących skromnie, gdzie widać prymat Boga i Ducha nad tym, co doczesne. Winny się one charakteryzować także jednością i komunią, poświęcając więcej czasu na słuchanie i dialog.

Franciszek odniósł się także do chlubnej historii kapucynów, która zawiera świadectwa wielu świętych i błogosławionych tego zakonu. Ich przykład i świętość wskazują na aktualność i płodność ich charyzmatu, którym jest całkowite oddanie się Bogu, aż do męczeństwa, życie proste wśród ludzi oraz wrażliwość na biednych i duchowe towarzyszenie, jako wyraz bliskości i pokory, które pozwalają przyjmować wszystkich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak za 10 dolarów uratować życie?

2018-10-16 11:31

Z s. Marią Żywiec – misjonarką w Zambii – rozmawia Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 42/2018, str. 40-42

S. Maria Żywiec ze Zgromadzenia Służebniczek Najświętszej Maryi Panny (starowiejskich), która od 1994 r. pracuje w Zambii, wyjaśnia, jak można za 10 dolarów uratować ludzkie życie, opowiada, jak doszło do tego, że siostry Afrykanki skutecznie zastępują Polki, i tłumaczy, dlaczego chciałaby zostać do końca życia w Zambii.

Maciej Syka
Sympatyczni podopieczni z ochronki sióstr służebniczek

Grzegorz Polak: – Czy można powiedzieć, że pracujecie w ekstremalnych warunkach? Przecież w Waszych szpitalach nieraz brakuje prądu czy nawet wody...

S. Maria Żywiec: – Kiedy pierwsze służebniczki 90 lat temu pojechały do Zambii, zastały tam rzeczywiście ekstremalne warunki. W jakiejś mierze tak jest do dziś. Mamy placówki w buszu, w miejscach bardzo odległych od miasta, czyli od cywilizacji. W porze letniej temperatury dochodzą do 50oC, a my nie mamy klimatyzacji, czasem nawet trudno o zwykły wiatraczek, żeby schłodził powietrze. Mamy placówki, gdzie siostry służą jako pielęgniarki, felczerki, lekarki. Prowadzimy także szpitale misyjne i przychodnie zdrowia. Nie jest to łatwe, ponieważ często brakuje nam podstawowych leków, środków opatrunkowych, przyrządów. Ekstremalne warunki są wtedy, kiedy nie ma prądu, a przywożą kogoś z wypadku. Trzeba uruchomić generator, żeby oświetlić salę operacyjną i laboratorium, aby przeprowadzić niezbędne badania. Na porządku dziennym są transfuzje krwi. Malaria nieustannie atakuje dzieci – aby ratować im życie, konieczna jest krew. Trzeba przywieźć ją z miasta odległego o 280 km, a drogi są niebezpieczne i niewygodne.

– Jak zdobywacie leki i sprzęt medyczny?

– Wszystko to, co jest potrzebne w szpitalu, przywozimy z miasta. W dużej mierze zakupów sprzętu i leków dokonujemy z własnych środków, ponieważ dofinansowanie ze strony zambijskiego rządu jest niewielkie. Dlatego jesteśmy niezmiernie wdzięczne tym, którzy wspierają nasze dzieła. Zachęcam do dalszej pomocy, bo ona – choć nieraz skromna – może uratować komuś życie. Nieraz wystarczy do tego zaledwie 10 dolarów.

– Tyle kosztuje zastrzyk przeciw malarii?

– Zastrzyk oraz wenflon, kroplówka i aparat potrzebny do przetaczania krwi. Więc to nie jest aż tak drogie, ale są jeszcze inne koszty, przede wszystkim transport. Żeby krew była zdatna do użytku, trzeba ją przewieźć z miasta w lodówce i potem przechowywać ją w bezpiecznym, chłodnym miejscu.

– Czy siostry przyjmują też porody?

– Oczywiście, bo w Zambii brakuje specjalistów. Dlatego my jako pielęgniarki często musimy wykonywać prace lekarskie, np. zastępować anestezjologa, radiologa, wykonywać małe zabiegi chirurgiczne. Wiąże się z tym spore ryzyko, jednak w takich sytuacjach ja i moje współsiostry zawsze bardzo czujemy Bożą opiekę. Często wzdychamy do naszego założyciela – bł. Edmunda Bojanowskiego, a także do naszych poprzedniczek sióstr, które są już „po tamtej stronie”. To jest nasze świętych obcowanie.

– Można chyba mówić o cudach bł. Edmunda Bojanowskiego, bo słyszałem, że nie było żadnego śmiertelnego przypadku podczas porodu czy w czasie operacji prowadzonej przez siostry.

– Tak. Wizerunek naszego ojca Edmunda wisi w każdej sali operacyjnej. W jego stronę kierowane są nasze westchnienia. Wiele cudów można przypisać jemu, zwłaszcza kiedy udało się wyprowadzić pacjenta z krytycznej sytuacji. Także na co dzień odczuwamy opiekę i pomoc nadprzyrodzoną, bo jako osoby słabe nie dałybyśmy rady stawić czoła temu wszystkiemu.

– Czy trudno zrobić zastrzyk afrykańskiemu dziecku?

– Ogromnie trudno, szczególnie ten dożylny, dlatego że ma ono ciemną skórę, jest bardzo często odwodnione i zanemizowane przez malarię. Bardzo trudno znaleźć maleńką żyłkę, cienką jak niteczka, w którą trzeba jeszcze wkłuć igłę i podłączyć kroplówkę czy zrobić zastrzyk. To bardzo często graniczy z cudem. To są chyba najbardziej stresujące sytuacje, kiedy ma się świadomość, że koniecznie trzeba wkłuć się do żyły, żeby uratować życie.

– Siostry muszą być w stanie gotowości przez całą dobę?

– Tak jak w każdym szpitalu są nocne dyżury. Gdy jednak dzieje się coś szczególnego, kiedy przyjęty jest pacjent w krytycznym stanie, to wszystkie siostry idą do szpitala, aby pomóc. Mogą to być skomplikowany poród czy operacja kogoś pogryzionego przez krokodyla. Często takiego nieszczęśnika niosą przez cały dzień i dopiero w nocy dostarczają do szpitala. Są też przypadki ukąszenia przez węża czy poranienia przez hipopotamy, a nawet słonie. Ogromnym problemem są choroby tropikalne, w tym szczególnie niebezpieczna malaria.

– Czy da się przed nią ustrzec?

– To szalenie trudne zarówno dla nas, jak i dla mieszkańców wiosek. Nosicielami malarii są moskity, ale nawet zakładana na noc moskitiera nie zabezpiecza przed nimi w 100 proc. Pojawiają się one najczęściej wieczorem, a ludzie tak wcześnie nie chodzą spać, więc są narażeni na ukąszenie. Gdy pracuje się w szpitalu przez całą noc, szczególnie w porze deszczowej, bardzo trudno się uchronić od ukąszenia moskita.

– A dlaczego jest tak dużo porodów niepełnoletnich dziewcząt?

– Bardzo często kończą one edukację na szkole podstawowej. Ich rodzice nie mają pieniędzy na opłacenie im nauki w szkole średniej albo jest ona położona bardzo daleko. W konsekwencji dziewczęta przedwcześnie wychodzą za mąż albo mają dzieci w bardzo młodym wieku. Takie porody są bardzo skomplikowane i ryzykowne, szczególnie przy pierwszym dziecku. W takich wypadkach mobilizujemy się maksymalnie, aby uratować i dziecko, i matkę. Bardzo często taki poród kończy się cesarskim cięciem, które jest jedynym wyjściem, choć nie najlepszym.

– Czy plaga AIDS została w Zambii zatrzymana?

– Nie, mimo dostępności leczenia. Najważniejsza jest profilaktyka, jednak skoro dziewczęta już w młodym wieku mają dzieci, to nie rokuje to dobrze. Będzie tych zachorowań więcej i we wcześniejszym wieku. To pociąga za sobą poważne problemy społeczne, ponieważ jest ogromna liczba osieroconych dzieci. Bardzo często obraz wioski jest następujący: starsi i małe dzieci. Średniego pokolenia za bardzo nie widać.

– A gdzie jest?

– To ci, którzy umarli na AIDS. Jest ogromna liczba sierot, którymi też się opiekujemy, bo jako służebniczki nie tylko zajmujemy się lecznictwem, ale też prowadzimy dużo szkół. Edukację zaczynamy od przedszkoli. Niemal każda nasza misja, a mamy ich ponad 30 w naszej afrykańskiej prowincji, prowadzi ochronkę, żeby użyć terminologii Edmunda Bojanowskiego. Pracują w nich także siostry Afrykanki. Prowadzimy też szkoły podstawowe i średnie. Zajmujemy się nie tylko sierotami, ale także dziećmi z rodzin ubogich i zaniedbanymi. Zależy nam, aby dać im wykształcenie. Zawsze jest lepiej dać komuś wędkę aniżeli rybę. Innymi słowy: ważne jest, żeby kształcić dzieci i młodzież. Doraźna pomoc nie da takich efektów, tak nie wychowuje się ludzi.
Rozpoczęłyśmy budowę szkoły średniej z internatem dla dziewcząt w Chamuce, gdyż sam przywódca plemienia ofiarował nam 45 ha ziemi na ten cel i bardzo o to prosił. Niestety, brak nam funduszy na kontynuowanie budowy. Jest to duży projekt, tak jak duże są potrzeby. Docelowo będzie się tam uczyło 500 dziewcząt. Ma to być ośrodek oświatowy na całą okolicę. Będą z niego mogły korzystać także młode kobiety, które chciałyby się nauczyć szycia, gotowania, uprawy ziemi czy hodowli zwierząt. Dla nas to także bardzo dobra możliwość ewangelizacji. Dlatego bardzo gorąco zachęcam czytelników „Niedzieli” do wsparcia tego projektu, przez datki.

– Wspomniała Siostra o służebniczkach afrykańskich. Ile ich jest w stosunku do Polek?

– To powód do ogromnej radości, że jest ich znacznie więcej niż nas, Polek. W Zambii i Republice Południowej Afryki pracuje ok. 170 sióstr tubylczych, a nas zostało 12. Ziarno zasiane 90 lat temu wydało plon. Siostry tubylcze są naszą radością, ponieważ pracują wśród swoich ludzi. One bardzo dobrze znają ich kulturę i obyczaje, znają ich słabe i mocne strony, wiedzą, jak do nich podejść, w jaki sposób ich do czegoś zachęcić, czego od nich wymagać. W samej Zambii jest ponad 70 różnych narzeczy, więc one mogą się z miejscową ludnością lepiej niż my porozumieć. Siostry Afrykanki bardzo pięknie ewangelizują. Wcale się nie martwimy, że nas jest tam coraz mniej, ponieważ mamy tę świadomość, że oddajemy dzieło w dobre ręce. Obecnie prowincja przeżywa rozkwit: otwieramy nowe domy, nowe placówki, gdzie siostry zajmują się dziećmi i młodzieżą. Wychowane przez nas dziecko będzie dobrym obywatelem, pracującym dla swego kraju, nie wyjedzie w poszukiwaniu lepszego bytu do Europy. Tak wychowujemy nasze dzieci.

– Czy Siostra wyobraża sobie sytuację, że polskich sióstr służebniczek nie będzie w Zambii?

– Oczywiście, że tak. Uważam, że taka jest kolej rzeczy. My po to tam pojechałyśmy – myślę tutaj o pierwszych siostrach służebniczkach – żeby przygotować siostry Afrykanki do przejęcia misji. To najlepsza pomoc w dziele ewangelizacji. Bardzo się cieszymy, że siostry przejmą po nas tę pracę, którą my zaczęłyśmy. Zresztą już przejmują, bo przecież znaczna większość domów jest prowadzona przez siostry Afrykanki. Robią to w sposób bardzo piękny i z wielką gorliwością. To już widać po owocach, ponieważ szkoły prowadzone przez nasze siostry Afrykanki znajdują się w czołówce wszystkich zambijskich szkół. Nasze uczennice, ponieważ prowadzimy szkoły przede wszystkim dla dziewcząt, zdają egzaminy maturalne w 100 proc. A przecież są to dzieci pochodzące w dużej mierze z ubogich rodzin. Jest to dla nas ogromna satysfakcja, że potrafimy przygotować do odpowiedzialnego, dorosłego życia dziewczęta ubogie, z buszu, dziewczęta, które – wydawać by się mogło – nie miały żadnych perspektyw w życiu.

– Czy Siostra mogłaby żyć bez Zambii?

– Pracuję w tym kraju 24 lata. Szczerze powiem: czuję, że należę do Zambii. Oczywiście, w sercu jestem Polką, ale moja druga ojczyzna to właśnie Zambia. Trudno byłoby mi sobie wyobrazić życie bez Zambii. Bardzo bym chciała zostać tam do końca mojego życia i tam być pochowana. Tam są moi ludzie, tam są moje dzieci, tam jest moja druga ojczyzna.

– Spotykam doświadczonych polskich misjonarzy, którzy przyjeżdżają do Polski na urlop, ale nie mogą się doczekać powrotu na misje. Jak to się dzieje, że oni, choć nie zapominają o swojej pierwszej ojczyźnie, myślami są przy tej drugiej – przybranej?

– To trudno wytłumaczyć. Jest to na pewno tajemnica, która wiąże się z powołaniem. Źródło radości z tej służby tkwi właśnie w powołaniu. Jest to dar Boży, który ciągle się na nowo odkrywa. Jeśli się go w całości przyjęło, to są tego takie właśnie skutki: znajdujesz miejsce, do którego posyła cię Bóg. W Zambii jest mój dom, oczywiście ten doczesny. Tam się czuję u siebie, wśród ludzi, których znam, którym służę i którzy okazują mi wdzięczność i serdeczność. Każdy człowiek powinien mieć gdzieś swój dom, miejsce, do którego należy, gdzie chce pracować, za którym tęskni. Mój dom jest w Zambii. Jak przyjeżdżam do Polski, tęsknię za jak najszybszym powrotem na misje. W Polsce życie jest zupełnie inne, czuję się zagubiona, zwłaszcza przez pierwszy miesiąc pobytu; nie umiem załatwić wielu prostych spraw. Tam mam do czynienia z ludźmi prostymi, skromnymi, dobrze się czuję w ich obecności. Uczę się od nich prostoty, pokory i otwartości serca. Określam ich jako ludzi, którzy wyzwalają z egoizmu, z patrzenia na siebie i myślenia o sobie. Oni zawsze są zainteresowani kimś drugim. Zawsze znajdą czas na to, żeby pozdrowić, zapytać, co słychać, ofiarować się drugiemu człowiekowi. Zastanawiam się, który świat jest bardziej ludzki: ten zautomatyzowany, ucywilizowany, czy ich, gdzie żyje się biedniej, ale gdzie znajduję więcej człowieczeństwa.
Tam czuję ciepło, naturalność w kontaktach. Dla ludzi w Zambii każdy człowiek jest ważny. Zambijczycy mają ogromne pokłady cierpliwości, bardzo dużo czasu poświęcają jedni drugim. To ludzie niezwykle spokojni, żyjący bezstresowo. Ten inny styl życia powoduje, że nie ma tam chorób związanych w dużej mierze ze stresem, a więc zawałów serca, a wylewy należą do rzadkości.

– Czym się Siostra zajmuje?

– Po wielu latach pracy w szpitalu jestem w zarządzie prowincjalnym. Jestem jedyną Polką wśród sióstr Zambijek. Zajmuję się sprawami administracyjnymi, w tym zaopatrzeniem. Wiąże się to z częstymi wyjazdami do miasta, gdzie stoi się w ogromnych korkach, trzeba jeździć między ludźmi, bo wszędzie są przechodnie, i pilnować swego dobytku. Miasto jest męczące: pełne spalin, a w porze deszczowej zalane wodą. Gdybym mogła, uciekłabym do buszu.
Do tego dochodzi troska o siostry starsze i chore. Mamy już przecież siostry seniorki Afrykanki i ja się nimi zajmuję. We wspólnocie są także nowicjuszki i postulantki ze swoimi mistrzyniami. W sumie to duża, 23-osobowa wspólnota. Żeby to wszystko utrzymać, zaczęłam hodować przepiórki. Nasza ferma liczy blisko 4 tys. sztuk.

– Na jajeczka czy na mięsko?

– Na jedno i drugie. Odstawiamy przepiórki do zakładów mięsnych, także do różnych parafii, domów zakonnych. Zdrowe mięso przepiórek staje się popularną potrawą wśród miejscowego duchowieństwa.

– Jak się Siostrze współpracuje z afrykańskimi służebniczkami?

– Doznaję od nich wiele szacunku i miłości, szczególnie teraz, gdy jestem wśród nich jedyną Polką. Kiedy wracam z miasta z zakupami, zawsze się o mnie zatroszczą, przygotują kolację, usiądą ze mną przy stole. Z zawstydzeniem przyznam, że tego musiałam się uczyć od nich, bo zdawało mi się, że właśnie praca, obowiązki są na pierwszym miejscu. Natomiast one nauczyły mnie takiego podejścia, aby być do dyspozycji drugiej osoby. Cały czas dają mi lekcję siostrzanej miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płyta - Wojna totalna 300x400

Rzym: Pielgrzymka świętego wizerunku Pana Cudów

2018-10-21 21:36

(KAI/vaticannews) / zym

Zgodnie z kilkunastoletnim zwyczajem ulicami Rzymu przeszła dzisiaj procesja ze świętym wizerunkiem Pana Cudów, który po modlitwie „Anioł Pański” pobłogosławił Franciszek w obecności tysięcy Peruwiańczyków i Latynosów przybyłych z różnych części stolicy Włoch. Kult Chrystusa jako Pana Cudów jest od ponad trzech wieków bardzo rozpowszechniony w Peru, a od 18 lat kopia tej rzeźby znajduje się także w Rzymie.

Vatican News
Procesja z figurą Pana Cudów

Święty wizerunek Pana Cudów przedstawia Chrystusa o ciemnym obliczu. Początki jego kultu sięgają połowy XVII wieku, gdy murzyńscy niewolnicy namalowali wizerunek ukrzyżowanego na ścianach jednego z domów Limy w Peru. Mieścił się on w dzielnicy Pachacamilla. 13 listopada 1655 r. doszło tam do trzęsienia ziemi, ale pomimo zniszczeń mur z obrazem pozostał nieuszkodzony. Od tamtego czasu podobizna wizerunku każdego roku jest obnoszona po ulicach Limy, a towarzyszą mu tłumy ludzi, z których większość ubrana jest na fioletowo.

Kopię obrazu Pana Cudów przewieziono w 2000 r. z Peru do Rzymu i od tego czasu doznaje tam kultu. Na stałe znajduje się w stołecznym kościele Najświętszej Maryi Panny Światła.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem